|
Dodano: 2009-04-28 O czym wojewoda wiedzieć powinienWedług doniesień lokalnej prasy, wojewoda zachodniopomorski Marcin Zydorowicz, poprosił prezydenta Koszalina i wójta gminy Będzino, żeby między sobą ustalili warunki przyłączenia Jamna i Łabusza do Koszalina. Jeśli do końca kwietnia osiągną kompromis, wojewoda jest skłonny go zaakceptować.
Postawa wojewody, który jest przedstawicielem Rządu w terenie i reprezentantem Państwa, musi wywoływać zdziwienie, oznacza bowiem, że wojewoda scedował swoje uprawnienia na samorządowców. Jeszcze większe zdziwienie budzi to, że Zydorowicz traci prawdopodobnie jedyną okazję do stworzenia prawidłowych relacji między Szczecinem a Koszalinem. Nauki z historiiNie da się obojętnie przejść obok faktu, że z chwilą połączenia Jamna i Łabusza z Koszalinem, bezpośredni dostęp do Bałtyku uzyskuje duży 100-tysięczny organizm miejski. Każda zmiana polskiego stanu posiadania nad Bałtykiem ma implikacje historyczne. Skutki braku własnego okna na świat odczuliśmy już u początków II Rzeczypospolitej w 1920 roku, kiedy to w najtrudniejszym momencie wojny z bolszewicką Rosją, gdańscy robotnicy portowi rozpoczęli strajk, odmawiając wyładunku dostaw dla Polski. Ta bolesna nauczka, skłoniła władze młodego i biednego państwa do podjęcia decyzji o natychmiastowym rozpoczęciu budowy portu w małej wiosce rybackiej Gdynia. Wkrótce inwestycja okazała się jednym z największych osiągnięć naszego dwudziestolecia międzywojennego. Wybudowano również port we Władysławowie, dla potrzeb obronności wystawiono nowoczesną flotę, rozbudowano rejon umocniony Hel, otwarto letniska i miejscowości wczasowe. Był to ogromny wysiłek młodego państwa, wymagający wyrzeczeń całego pokolenia. Polska po prostu wyciągała wnioski z przeszłości, pamiętając o swoich doświadczeniach historycznych oraz zgubnych dla państwa skutkach braku dostępu do morza i utraty ujścia głównej arterii komunikacyjnej, Wisły. Zgoła inna sytuacja jest dzisiaj. Jeśli premier Donald Tusk wyrazi zgodę na połączenie Koszalina z Jamnem i Łabuszem, Polska jednym pociągnięciem pióra zyska po prostu stutysięczne miasto nad Bałtykiem! Oczywiście, porównań nie należy czynić wprost, sytuacja jest dzisiaj inna, pamietać trzeba o proporcjach, ale wciąż chodzi przecież o to samo - o naszą obecność nad Bałtykiem i zwiększanie potencjału morskiego państwa. Bez żadnych nakładów, bez wyrzeczeń, Polska zyskuje duży nadmorski ośrodek administracyjny, dysponujący uczelniami wyższymi, placówkami naukowymi, instytucjami kultury. Takiego atutu nie posiada żaden z krajów basenu Morza Bałtyckiego. Niemcy, Rosja, Finlandia, nie mogą sprawić, żeby jednego dnia przybyło duże miasto na wybrzeżu. Polska taki atut posiada, ale go nie wykorzystuje, a nawet nie dostrzega tej geopolitycznej szansy. Wójt na zagrodzie...Przyznany Polsce przed wojną malutki skrawek brzegu morskiego, w ciągu zaledwie 20 lat został zagospodarowany w sposób jeszcze dziś budzący podziw i szacunek. Po II wojnie światowej na kilkakrotnie dłuższym pasie polskiego wybrzeża zrobiono bardzo wiele, rozwój nie był jednak równomierny i koncentrował się głównie na dwóch dużych ośrodkach przemysłu stoczniowego. Zaniedbano małe i średnie porty, część wybrzeża zmilitaryzowano, całe rejony głównie w środkowej części pasa nadmorskiego skazano na ekstensywną gospodarkę rybacką i rolniczą. Skutki są odczuwalne do dziś - małe gminy nadmorskie, pozbawione kapitału i zaplecza gospodarczego, nadal toczą heroiczne boje o wybudowanie szaletu, chodnika lub schodów. Wieloletnie zaniedbania i powstałe na tym tle kompleksy mszczą się, gdy trzeba podejmować decyzje na poziomie wyższym niż gmina. Dobrą ilustracją jest sprawa przyłączenia Jamna i Łabusza do Koszalina. Wójt małej gminy wiejskiej blokuje decyzje o znaczeniu poważnie przekraczającym poziom gminnych kompetencji. Wójt na zagrodzie równy wojewodzie, czy spełnienie marzeń Lenina o demokracji, w której każda kucharka może być ministrem? Racje rozwojowe 100-tysięcznego miasta, racje państwowe, historyczne, a nawet geopolityczne mają być złożone na ołtarzu fałszywie pojmowanej samorządności, która w rzeczywistości z samorządnością nie ma nic wspólnego. Dobitnie wykazało to referendum - w gminie, której rzekomo grozi "rozbiór", do lokali referendalnych poszło zaledwie 5 procent obywateli. To już prawdziwy pogrzeb owej "samorządności". Wójt jednak wziął to za dobrą monetę i karmi nas humbugiem rzekomego sprzeciwu. Sądząc po reakcjach Szczecina, z pozytywnym skutkiem. Czy mamy politykę morską?Tak postawione pytanie, będzie powracało coraz częściej. Trudno uwierzyć w sensowną politykę morską, patrząc jak gwałtownie kurczy się nasz stan posiadania nad Bałtykiem. Skasowano praktycznie rybacką flotę dalekomorską, poważnie ograniczono rybactwo przybrzeżne, zezłomowano kutry, wprowadzono limity połowowe. Przede wszystkim jednak - umiera polski przemysł stoczniowy. W żadnej chyba innej dziedzinie życia, koszty transformacji ustrojowej i integracji z Unią Europejską nie są tak dotkliwie odczuwalne jak w przemyśle morskim. Bezlitośnie wykorzystuje to opozycja, chłoszcząc obecne władze i obarczając je wszystkimi prawdziwymi i rzekomymi przewinami. Rządowi trudno będzie uchylić się przed polityczną odpowiedzialnością. W tej sytuacji, aspiracje koszalińskie niejako wychodzą naprzeciw potrzebie gwałtownej reorientacji gospodarki morskiej. Rząd może sięgnąć po argumenty, które co najmniej osłabią impet ataku politycznych przeciwników. Polska posiada bowiem niewykorzystane rezerwy, które częściowo rekompensują ten żywotny ubytek potencjału nad Bałtykiem i zacierają wrażenie słabnięcia Polski w tym rejonie. Brudny gazociąg i czyste plażeReorientacja polityki morskiej polegałaby wówczas na dekoncentracji i zmianie struktury inwestycji, równomiernym zagospodarowaniu całego wybrzeża m.in. poprzez budowę mniejszych portów jachtowych oraz rozbudowę infrastruktury turystycznej. Ten kierunek zmian ma jeszcze jedną, bardzo istotną zaletę. Dostarcza silnych argumentów w konflikcie dotyczącym Gazociągu Północnego. Jeśli nie możemy zablokować tej inwestycji, realizowanej przez Niemcy i Rosję - nie oszukujmy się - ze względów geopolitycznych, a nie gospodarczych, to przynajmniej domagajmy się rekompensaty w formie infrastrukturalnych inwestycji na polskim wybrzeżu. Zagrożenia ekologiczne czy terrorystyczne są oczywiste. Skoro nie możemy zablokować budowy gazociągu, który swego czasu Radosław Sikorski nazwał nowym paktem Ribbentrop-Mołotow, to wykorzystajmy sprawę jako argument w pozyskiwaniu funduszy na zagospodarowanie naszego brzegu morskiego w ramach inwestycji proekologicznych. Polska odpowiedź musi nastąpić, Bałtyk nie jest bowiem rosyjsko-niemieckim kanałem ściekowym, ale dobrem wspólnym wszystkich przylegających doń państw. Słowiańszczyzna zapomnianaJuż teraz, opozycja parlamentarna zarzuca obecnemu rządowi rezygnację z polityki historycznej. Jeśli argumenty Koszalina, akcentujące rolę jaką odegrało miasto w ocaleniu kultury jamneńskiej, tego reliktu słowiańszczyzny na dawnych terenach niemieckich, zostaną zlekceważone, zarzuty opozycji znajdą kolejne potwierdzenie. Nie powinniśmy bowiem zapominać o umacnianiu polskości oraz podkreślaniu słowiańskiego rodowodu ziem przyłączonych do Polski po wojnie. Nie są to hasła wyjęte z podręczników peerelowskiej propagandy. Nieszczęśliwa zbitka myślowa, kojarząca potrzebę akcentowania słowiańskiej przeszłości tej ziemi z ideologią PRL, nie powinna przysłaniać potrzeby uczynienia z tych zagadnień elementu naszej idei państwowej oraz środkowopomorskiej tożsamości. Można nie podzielać propagandowej opinii o "odwiecznej polskości Ziem Zachodnich i Północnych", ale trudno zaprzeczyć, że Słowianie na Pomorzu byli prawowitymi gospodarzami tej ziemi, wypartymi w wyniku zaplanowanej akcji kolonizacyjnej. Konieczne są dalsze badania archeologiczne i etnograficzne, wymagające nakładów, których na pewno nie zapewni rolnicza gmina Będzino. Prusactwo docenioneNa terenach włączonych do Polski po 1945 roku coraz mocniej narasta potrzeba ochrony słowiańskiego dziedzictwa. Dzieje się tak nie tylko w Koszalinie. W Opolu powstało niedawno Stowarzyszenie Polsko-Serbołużyckie "Pro Lusatia", które zamierza udzielać wsparcia słowiańskim autochtonom, zamieszkującym wschodnie tereny Niemiec. Nie chodzi oczywiście o powrót do polityki konfrontacji, ale o stworzenie przeciwwagi dla resentymentów niemieckich. Niewiele osób już dziś pamięta, że Pomorze przez całe wieki stanowiło część szczególnej formy państwowości niemieckiej, jaką były Prusy, które nie powstały w wyniku naturalnych przemian wspólnot plemiennych i narodowych, ale zostały sztucznie utworzone przez zmilitaryzowanych przybyszów - Krzyżaków. Państwo Pruskie zostało zlikwidowane po II wojnie światowej na mocy decyzji wielkich mocarstw, które uznały, że militaryzm i ekspansjonizm niemiecki wyrastał z ideologii pruskiej. W dzisiejszych Niemczech daje się jednak zaobserwować nostalgię za przeszłością, której towarzyszy tendencja do rehabilitacji państwa pruskiego, a nawet gloryfikacji jego instytucji. Władze niemieckie - prezydent, parlament, kanclerz - poparły kontrowersyjny projekt Centrum przeciwko Wypędzeniom. Tymczasem w Polsce, zachodniopomorskie miasta i gminy wydają publiczne pieniądze na odgrzebywanie pruskiej przeszłości, trwonią energię na poszukiwania pruskich pomników, masowo wydają atlasy i przewodniki z niemieckim nazewnictwem miejscowości i ulic. Czy leci z nami pilot?"Odwieczny" konflikt Koszalina ze Słupskiem, dziś już odległy i nieaktualny, zastąpił realny i tlący się konflikt ze Szczecinem. Stolicę województwa oskarża się o politykę wzmacniania peryferii kosztem Koszalina, o nierównomierne traktowanie dawnych województw - koszalińskiego i szczecińskiego - w wyniku czego następuje podział nowego województwa zachodniopomorskiego na części "A" i "B". Nawet jeśli te opinie są przesadzone, nie należy ich lekceważyć. Koszalin nigdy nie pogodził się też z utratą statusu miasta wojewódzkiego. Przegrana walka o województwo środkowopomorskie pozostawiła niesmak, a nawet niechęć do Szczecina. Trudno uwierzyć w to, że wojewoda w tak ważnej sprawie, w której liczą się racje geopolityczne, państwowe, gospodarcze i historyczne, po prostu scedował swoje uprawnienia na prezydenta Koszalina i wójta gminy Będzino. Trudno uwierzyć w to, że Szczecin nie analizuje sytuacji we własnym zakresie i nie korzysta z opinii ekspertów. Dlatego decyzja w sprawie połączenia Jamna z Koszalinem dostarczy nam odpowiedzi na pytanie, czy leci z nami pilot. Gest umycia rąk ze strony wojewody, byłby odebrany w Koszalinie bardzo źle. Również z tego powodu, że oddala szanse na przywrócenie normalnych relacji między Szczecinem a Koszalinem. Upokarzany i spychany na peryferia Koszalin ma prawo oczekiwać przyjaznego gestu. Klucz do pojednania i prawdziwej a nie wymuszonej integracji Koszalina ze Szczecinem, znajduje się teraz w rękach wojewody. Sylwester Sikora Marcin ZYDOROWICZ, 35-letni syn popularnego dziennikarza sportowego z Katowic Andrzeja Zydorowicza, jest jednym z najmłodszych wojewodów w Polsce (młodszy od niego jest tylko wojewoda podlaski Maciej Żywno). Wojewodę zachodniopomorskiego poznaliśmy bliżej podczas telewizyjnych relacji z tragicznego pożaru w Kamieniu Pomorskiem, kiedy to towarzyszył najpierw premierowi Tuskowi, a w chwilę później prezydentowi Kaczyńskiemu. Do Szczecina przyjechał w 1994 roku, ukończył Uniwersytet Szczeciński, jego żona jest prawniczką, mają jednego syna. Ze skąpych informacji prasowych wynika, że jest pracowity, unika rozgłosu, a swoim nie narzucającym się sposobem bycia zjednuje ludzi. Nie ma w nim nic władczego i w niczym nie przypomina utrwalonego w świadomości Polaków obrazu polityka rezonera.Foto: Zachodniopomorski Urząd Wojewódzki w Szczecinie (www.szczecin.uw.gov.pl) |
| Koszalin 2009 | www.komk.ovh.org | © Komitet Obywatelski Miasta Koszalina |